H. przyjeżdża na rozmowę

H. przyjeżdża za 2 tygodnie, żeby porozmawiać.

Po naszym spotkaniu i wymianie smsów, wysłałam mu email, w którym napisałam, jak ja sprawę widzę i zapytałam wprost czego ode mnie oczekuje.

Odpisał, że odpowie mi, ale osobiście i kupił bilet na samolot. Od tamtej pory znowu wysyła mi miliardy whatsappów, dzwoni na skypie i nawiązuje do mojej decyzji o wyjeździe bez niego.

Jestem stuknięta, bo cieszę się na ten jego przyjazd.

 

Reklamy

rozmowa

Gdy byłam w Hiszpanii to H. kontaktował się ze mną kilkakrotnie. Pytał czy wszystko w porządku, jak się mam oraz wreszcie: gdzie jestem. Nie chciałam go okłamywać, więc napisałam, zgodnie z prawdą, że w Sewilli. Zaproponował spotkanie, gdy będę w drodze powrotnej na samolot do Polski. Odmówiłam. Mimo to wielokrotnie nalegał i zaoferował, że sam przełoży swój wyjazd ze starszym synek i córką, o jeden dzień, abyśmy w dniu mojego wyjazdu mogli zjeść obiad i wyjaśnić sobie tę sytuację. Napisałam mu, że nie chcę, aby dostosowywał plany wakacyjne swojej rodziny do mnie, bo będzie mi niezręcznie. Odparł, że on sam decyduje o swoich planach. Napisałam, że nie jestem przekonana czy spotkanie będzie dobrym pomysłem, bo łatwo może się przeistoczyć w seans wymówek i oskarżeń lub ewentualnie posiedzenie dyplomatyczne, czego nie zniosłabym. Mimo wszystko upierał się przy spotkaniu, twierdząc, że nie ma względem mnie żadnych zarzutów i nie zamierza mi prawić wymówek.

W tych okolicznościach nie mogłam dłużej odmawiać i rzeczywiście, spotkałam się z nim.

 

Po tych kilku godzinach rozmów czuję się rozbita i rozregulowana. Mam mętlik w głowie. Powiedziałam mu to, co leżało mi na sercu, o braku jego zainteresowania sprawami istotnymi, o tym, że nie korzystał ze wspólnie spędzanego czasu po to, abyśmy mogli lepiej się poznać, że formułowanie moich potrzeb określił mianem impertynencji i dziecinady.  Myśl przewodnia okazała się być taka, że mam odczucie, że on mnie traktuje jako przelotną znajomość, dla przyjemności, dla umilenia sobie życia. Lubi ze mną gdzieś wyjechać, pójść do dobrej restauracji, coś zobaczyć, pójść do łóżka – i nic ponadto.

Wreszcie powiedziałam mu wprost, że gdy rozmawialiśmy w maju o różnicy wieku między nami, to ja powiedziałam, że sedno sprawy polega na tym, że jesteśmy na różnych etapach życia: że to, co on ma za sobą, dla mnie jest czymś, co przeżywam po raz pierwszy. Teraz powiedziałam, że ta różnica w etapach polega na tym, że skoro ja mam wszystko przed sobą, to ja mam do dania wszystko. A tymczasem on już nie. On już nie ma do dania tyle, co ja, bo on już to ma i miał.

Można powiedzieć, że uczyniłam mu wyznanie na środku jakiegoś placu, stawiając sprawę otwarcie: że ja pragnę kogoś, z kim mogę wieść wspólne życie, a on mi tego nie oferuje.

Jego reakcja była dla mnie zaskakująca, bo się zezłościł i zapytał, czego takiego nie może mi dać. Dlaczego uważam, że nie może mi dać wspólnego życia. Nie da się zreferować całej tej rozmowy. On wielokrotnie zaprzeczał, że mnie traktuje jako przelotną znajomostkę dla kaprysu i rozrywki. Argumentował, że trudno jest mu wejść w relację z kolejna partnerką, że potrzebuje czasu, że u niego się to dzieje powoli. Ja na to, że upłynął rok. I kolejna wymiana zdań.

Finalnie nic z tego nie wynikło. Nie padła żadna konkluzja. Ja, rozstrzęsiona, wypaliłam 4 papierosy (nie palę!) i oczywiście się popłakałam. Potem poszliśmy na obiad, na którym on – jak zwykle – traktował mnie po królewsku, tym razem przechodząc samego siebie, gdy  odkrawał dla mnie najlepsze kawałki szparagów, sam jedząc te mniej smaczne. Miał dla mnie przygotowane mango (zawsze go prosiłam, żeby mi przywoził), odwiózł mnie na lotnisko i pomachał, kiedy przechodziłam przez bramki i wysłał sms:

„szczęśliwej podróży :-*”.

 

Od tamtej pory – cisza.

Jest na wakacjach z dziećmi (jego dzieci mają 28 i 22 lata).

 

Myślę, że go zaskoczyło to, co mu powiedziałam. Że oczekiwałam więcej  i że zakończyłam znajomość uważając, że nie otrzymam tego, czego potrzebuję.

Chociaż jestem psychicznie wyczerpana tą rozmową, to właściwie się cieszę, że to powiedziałam. Co on z tym zrobi, to już nie zależy ode mnie.

wracam do siebie

W piątek H. napisał do mnie wiadomość na FB, z zapytaniem, co słychać i jak się mam. Spuściłam go po drucie w towarzystwie uprzejmości. Chciał? To ma.

Odpisał, że on nie rozumie, dlaczego się tak zachowuję. Że przecież był uprzejmy, szanował mnie i był serdeczny. Napisał też, że „myśli, że to było uczucie, a jeśli nawet nie to przecież zawsze mnie szanował”.

No po prostu można umrzeć ze śmiechu.

Skoro chciał się dowiedzieć, to mu napisałam:

że gdy w marcu napisałam do niego mail, w którym przedstawiłam, co jest dla mnie ważne w związku (że potrzebuję bliskości, rozmowy, wspólnej przestrzeni intelektualnej i duchowej oraz że nie wyobrażam sobie związku opartego na small talku, na wielogodzinnym milczeniu, bo czuje się samotna), to mi napisał, że są to impertynencje i dziecinada, której sobie nie życzy,

że jest dorosły i sam decyduje, wedle swojej swobodnej woli, jak się zachowuje i wybrał ciszę oraz small talk – więc ma rezultat,

że spędził ze mną 3 wyjazdy po 4-6 dni i nie interesowało go nic, co mnie dotyczy,

że nie wie, kim jestem i nie chce wiedzieć,

że zadowala go rozmowa o obiedzie, o tym, jakie owoce kupuję i o tym do czego się dodaje koperku

że spędzał ze mną 4 dni raz na dwa miesiące i wolał bawić się swoim telefonem oraz czytać gazetę

że całymi dniami nie miał mi nic do powiedzenia oprócz komentarzy o tym czy obiad dobry i czy piwo dobre.

Napisałam mu, że nie jestem dyplomatą, żeby prowadzić grzecznościowe konwersacje przy stole. I że nie interesują mnie powierzchowne relacje międzyludzkie, bo mam ich zanadto w pracy.

Już nie chciałam pisać, że „szacunek” dla mnie oznacza coś więcej, niż tylko fasadowe uprzejmości. Jeśli masz gdzieś to, kim jest, co myśli Twój rozmówca, jeśli spławiasz go pod byle pretekstem, to nie twierdź jednocześnie, że go szanujesz tylko dlatego, że swoje lekceważenie ubierasz w piękne słówka.

Nie napisałam mu tego, żeby go nie dobijać. Zresztą, jest to człowiek 60 letni, nie będę go pouczać.

Napisał do mnie, bo jego miłość własna ucierpiała. Jak to? On, taki porządny człowiek, taki uprzejmy, a ja z nim nie chcę utrzymywać „przyjaźni”?? Jakże to tak?

Bardzo mu zależy, żeby zachować o sobie dobre wyobrażenie.

Napisał, że chciałby przyjechać i porozmawiać o tym. Przez moment mi to schlebiło (ocho! będzie facet do mnie leciał samolotem przez całą Europę, ła!), ale przecież nie będę kierowała się własną próżnością, nie będę karmić swojego ego. Moja decyzja była ostateczna w chwili jej podjęcia i nie ma tu o czym gadać. Nie ciekawi mnie już jego motywacja. Miał wiele okazji, żeby ze mną rozmawiać, teraz już nie będzie miał.

 

Doszłam jednocześnie do wniosku, że zaczyna mnie wkurwiać ten model, w który się wpisuję od kilku lat. Tego dostosowywania się do otoczenia, tego stawiania się „przyjazną” dla wszystkich. Wmówiłam sobie, że byłam agresywna i bezwzględna i dlatego ludzie mnie opuścili. A to jest nieprawda. Ludzie mnie opuścili, bo szli za własnym interesem, robili tak, jak im wygodnie.

Dowiaduję się, że jeden chłopak, z którym (zdawało mi się) przyjaźniłam się na studiach (oj, co to była za przyjaźń, co to, ileż to wódki razem wypiliśmy i o ilu wielkich sprawach przy tej wódce rozmawialiśmy, o ilu ideałach, ojojoj), a potem z wielkim hukiem zerwałam znajomość, bo po pijaku powiedział, że „jego ojciec wszystkich by nas tutaj mógł kupić” – niedawno z odwiecznego liberała przefarbował się na zaciekłego pisowca i robi karierę w mediach. Sławny się stał.

A ja się obwiniałam, że mam destrukcyjny charakter, że powinnam była być bardziej wyrozumiała, wybaczać, akceptować słabości swoich przyjaciół.

Dzisiaj myślę: miałaś rację! Upłynęło trochę czasu i wyszło szydło z worka, kim ten człowiek był. Po co mi taki „przyjaciel”.

Przez terapię nabrałam nawyku analizowania swoich działań i słów oraz analizowania słów i zachowań wszystkich dookoła. Taka się ze mnie zrobiła ambasadorka NVC. Bo przecież trzeba dbać o to, żeby mnie lubili, nie?

Tymczasem, przy okazji porodu koleżanki M. wynikła taka sytuacja, że najpierw trudno było koleżanki zmówić, żeby jej kupić jakieś prezenty dla dziecka, które ma się urodzić, potem się okazało, że może za drogo, w końcu, gdy uzgodniłyśmy, w jakiej dacie M. odwiedzić i przywieźć jej te prezenty, żeby miała ZANIM dziecko się urodzi, to na dwa dni przed spotkaniem jedna napisała, że pardon, ale nie może, potem w dniu spotkania dwie następne napisały, że pardon, ale one były już wczoraj i już nie przyjdą. A czwarta (koleżanka A.) powiedziała, że ona mogłaby przyjechać tylko na godzinę (bo jest dzień powszedni… ale wszakże są wakacje, atoli jej latorośle nie odrabiają lekcji…).

Nadmieniam, że korespondencja mailowa nieodmiennie rozpoczynana jest nagłówkiem: „Kochane!”.

Strasznie się to kochanie zdewaluowało. Kochana tu, kochana tam. A jak przyjdzie co do czego, to nima.

Nie twierdzę, że koleżanka M. jest dla mnie jakąś bardzo bliską osobą (gdy ją kiedyś poprosiłam o to, żeby wzięła do torebki mój mały tablet, to odparła: „dobrze, chociaż niechętnie” – taka jest ofiarna), ale jednak nie co dzień rodzi się dziecko i jakoś zaznaczyć to wydarzenie wypada.

 

Jestem zmęczona tym zabieganiem o to, aby ludzie mieli o mnie dobre zdanie, żeby mnie lubili. Jestem zmęczona byciem sympatyczną.

Bo ja nie jestem sympatyczna ani nie jestem uległa. I problem z moją znajomością z H. polegał na tym, że on cały czas wierzył w to, że właśnie taka jestem. Bo ja byłam uprzejma i się uśmiechałam za każdym razem, gdy użyłam złego czasu przeszłego albo mi się pomyliło słowo „lody” ze słowem „wątroba”. I on chyba nabrał przekonania, że ja jestem taka wiecznie się uśmiechająca się i zadowolona, i że na wszystko odpowiem: „perfecto!”. I skoro nie robię focha, że zarezerwował wakacje w sierpniu, a nie w lipcu tak jak go prosiłam oraz w górach a nie nad morzem, tak jak mówiłam, że wolałabym – to po prostu mnie tak będzie przestawiał z kominka na komódkę, a z komódki na toaletkę, a ja się będę uśmiechać i kiwać główką jak ten piesek na tylnej szybie Poloneza Caro.

Kłopot polega na tym, że ja od kilku lat starałam się trochę się „ucywilizować”, to znaczy przybrać formułę łagodnej, wyrozumiałej i akceptującej, podczas gdy wcale taka nie jestem. I chyba wysyłałam otoczeniu fałszywe sygnały. Lub też – co chyba bardziej prawdopodobne – chciałam się przerobić na taką właśnie osobę w oczekiwaniu, że wówczas otoczona będę ludźmi, którzy mnie będą lubili, a także znajdę życiowego partnera.

Tymczasem: guzik!

Namnożyło się wokół mnie znajomości powierzchownych, interesownych, których jedynym spoiwem był czas aktualnie wolny w tym samym terminie. To prawda, dzięki temu miałam towarzystwo na wypad na narty czy na urlop, pod warunkiem oczywiście, że ktoś nie miał innych planów albo akuratnie chłopaka, no bo wtedy, to wiadomo, sprawa ma się zgoła inaczej.

Dlatego obecnie mam ochotę po prostu na to wszystko się wypiąć. Dlaczego mam nie być sobą? Dlaczego mam się ciągle zastanawiać, co powie kto inny, jak kto inny się poczuje?

Czy H. się zastanawiał, co ja czuję, gdy przez 3 godziny nic do mnie nie mówił w samochodzie? Nie. To ja się teraz mam zastanawiać, co on czuje w związku z tym, że nie mam ochoty przedłużać naszej znajomości? A co? Mam z nim nadal wymieniać zdjęcia kolacji i informacje o tym czy już biegał lub dopiero zamierza wyjść biegać, i jeszcze mam to nazywać „przyjaźnią”, żeby on się lepiej czuł?

Ja w pewnym sensie działam, jak bomba z opóźnionym zapłonem. Tylko ja wcześniej mu wyraźnie sygnalizowałam wielokrotnie, co mi nie odpowiada i czego potrzebuję. A on to zignorował. A teraz się dziwi.

wesoło mi :-)

Jestem w doskonałym nastroju 🙂

Zaraz na drugi dzień po zerwaniu z H. poczułam ulgę i radość, że uwolniłam się od ciężaru. To widoczny znak, że moja decyzja była trafna.

Uświadomiłam sobie, w jak dużym stopniu moja z nim znajomość z nim była oparta na społecznym modelu. Zupełnie jakbym nie była sobą: uwierzyłam na chwilę, że moją wartość muszę potwierdzić tym, że będę miała parę, tym, że pokażę wszystkim, że jakiś facet mnie chce. Ha ha :-)))

Mam to w nosie 🙂

Czuję się wspaniale, wolna, szczęśliwa. Nie muszę już się przejmować tym czy jemu się coś tam spodoba, czy mu się nie spodoba. Nie muszę sobie tłumaczyć, że pewne rzeczy trzeba akceptować, że trzeba iść na kompromisy, nie szukać ideału, brać to, co życie przynosi, godzić się na niedogodności. A guzik! Nie będę się godzić na żadne niedogodności, a już na pewno nie na takie, że ktoś jest zainteresowany mną tylko do pewnego stopnia, ale oprócz tego, to jeszcze ma trzysta innych spraw ważniejszych ode mnie. Nie będę zagryzać zębów, gdy dwie godziny nic do mnie nie mówi albo gdy po tych dwóch godzinach zadaje mi pytanie, jakie owoce zwykle kupuję albo o inną, równie ważką, kwestię.

 

Planuję zrobić użytek z tego biletu na samolot, który kupiłam kilka tygodni temu, gdy jeszcze planowałam z nim wyjazd. Mam wielką ochotę pojechać do Hiszpanii z plecakiem, bez planu, po prostu powłóczyć się po różnych miejscach, które zawsze chciałam zobaczyć! I tak zrobię 🙂 Będę spać, gdzie mi się natrafi, jeść tam, gdzie mnie wiatr zawieje, wsiadać do pociągu, który akurat nadjedzie, byle na południe! Ha! Już nie mogę się doczekać.

 

Tymczasem, zaczął się wokół mnie kręcić mój wieloletni kolega, ha ha, żonaty. Jak nie koncert, to kino, jak nie kino, to teatr. Nawet śpiewał ostatnio na moim balkonie jakąś pieśń z Potopu 🙂 A w poniedziałek się dowiedziałam, że pięknie wyglądam (a nie miałam makijażu, bo po prostu wieczorem wyskoczyliśmy do kina na film dokumentalny). Z nim przynajmniej mogę sobie porozmawiać o pasjonujących zagadnieniach zawodowych, o Trybunale Konstytucyjnym, o kosmosie (czy inne cywilizacje istnieją?), o tym czy dusza jest nieśmiertelna, o książkach Stasiuka.

 

Zaczęłam chyba przyciągać mężczyzn – git!

znowu koniec kolejnej znajomości

Niestety, zerwałam z Hiszpanem. Wczoraj wysłałam mu mail, w którym uprzejmie i delikatnie zaproponowałam zmianę planów. Bo mieliśmy jechać w sierpniu na 2 tygodnie na wakacje. Zaproponowałam mu, żeby pojechał z inną osobą.

Cały tydzień o tym myślałam. Nie wiedziałam, co mam zrobić. On jest opiekuńczy, uprzejmy, hojny. Mówiłam sobie: ciesz się, z tego, co masz. Inna byłaby w siódmym niebie. A ja czułam się samotna w jego towarzystwie. Chciał ze mną rozmawiać o tym, co mamy na talerzu albo że przyjemnie byłoby teraz się napić wina, ale nic nie chciał wiedzieć o tym, kim ja w rzeczywistości jestem. Nie interesowało go to, co myślę, co mnie pasjonuje, jakie mam poglądy, co mnie boli, co mnie martwi. Nie miał też potrzeby dzielić się ze mną sobą. Siedzieliśmy codziennie po kolacji na tarasie, a on nie miał mi nic do powiedzenia. Czytał książkę. Jechaliśmy samochodem i słuchaliśmy muzyki. Nic nie miał mi do powiedzenia. Widzimy się raz na miesiąc albo dwa, przez cztery dni, jest to jedyna okazja, żeby lepiej się poznać, a jego nic nie interesuje.

A potem prosił mnie, żebym mu mówiła, że mi się podoba.

Pomyślałam, że jestem dla niego przyjemnym spędzeniem czasu, młodą kobietą, z którą znajomość go dowartościowuje.  Miał życie wypełnione obowiązkami, potem chorobą żony, teraz chce odetchnąć, nacieszyć się życiem. „Trzeba korzystać z życia” – tak mi mówił – „robić wszystko, nie odkładać niczego na później”.

Nie potrafiłam wykrzesać w sobie uczucia do niego, bo każda iskra sympatii i przywiązania wkrótce była tłumiona poczuciem żalu i gniewu z powodu bycia ignorowaną. Nie muszę dodawać, co się w takiej sytuacji dzieje z namiętnością.

Czułam się  źle i robiłam sobie wyrzuty, że jestem kapryśna, że szukam ideału, nie potrafię docenić tego, co dostaje i zawsze mi mało. Martwiłam się, że jeśli nie zgodzę się na takie traktowanie, to na zawsze zostanę sama, nie zwiążę się nigdy z nikim.

Aż w końcu pomyślałam, że dość tego.

Jestem wartościowym człowiekiem, nie muszę żebrać o to, żeby ktoś wydzielił mi odrobinę swojej uwagi.  Dwoje ludzi łączy się dlatego, że są sobą zafascynowani i ciekawi siebie, interesuje ich świat tej drugiej osoby. A nie po to, aby przyjemnie odbyć podróż. Mam to w nosie. Jestem zabawna, interesująca, mam pasje, uwielbiam dyskutować, jestem bezinteresowna i można na mnie polegać w każdej sytuacji. Jeśli on tego nie widzi i tego nie docenia – nie zasługuje na mnie.

Dlatego wysłałam mu ten mail. On odpowiedział dzisiaj rano, bardzo dyplomatycznie, że szanuje tę decyzję, chociaż jej żałuje. I ble ble. Żebyśmy zostali przyjaciółmi. I że mi dziękuje za wspólne cudowne miesiące.

Przyjął do wiadomości. Gdyby jakkolwiek był zaangażowany uczuciowo, to oczywiście tak by tego nie zostawił.

Dodam, że kiedyś, kilka miesięcy wstecz, mu wysłałam mail, w którym napisałam, że nie wyobrażam sobie relacji opartej na small talku i że się czuję osamotniona, gdy całymi godzinami do mnie nic nie mówi. Odebrał to jako atak i obelgi i wysłał mi wiadomość, że w takim razie powinniśmy skończyć tę znajomość, skoro on mnie tylko unieszczęśliwia. Byłam zszokowana. Relacja dwojga dorosłych ludzi oparta jest między innymi na komunikowaniu sobie rzeczy nieprzyjemnych, tego, że ktoś nam sprawił przykrość. Jeśli za karę ma się to wiązać z zerwaniem, to powstaje sytuacja pełna hipokryzji: jesteśmy razem tak długo, jak siedzisz cicho i akceptujesz wszystko bez słowa skargi, nawet jeśli masz zastrzeżenia. Gdybyś jednak się poskarżyła – pamiętaj, że to koniec.

No więc, przez pewien czas milczałam i nie narzekałam. Aż w końcu stwierdziłam, że  tak dłużej nie mogę.

I tym sposobem znów jestem sama. Trochę boli mnie serce i nie wiem, jakie będą następne dni. Dzisiaj śpię cały dzień, z przerwami tylko na spacer z psem.

***

I wtedy widzisz go w maju na boisku czternastki nie wiedząc nawet, że tak juz zostanie, że serce Ci stanie w miejscu na całe 7 lat, aż Ci się będzie język plątał przy logarytmach i długo potem, aż do chwili, gdy zobaczysz dwa błękitne mankiety (a spinki srebrne) w restauracji i wtedy już wszystko będzie w tych mankietach, w tych spinkach, w tych rzęsach, chociaż to bez sensu i nikt by nie uwierzył (a może wszyscy i tak widzą). Nie możesz oddychać przez 3 lata.

 

I to są te największe.

 

Długo potem jakieś tam koniugacje, żeby się zgadzał tryb łączący (subjuntivo), bo przecież inteligentna jesteś, to i odmiana się zgadzać musi, żeby było widać, że jesteś. Ale jak tu powiedzieć, że do kajuty wchodzę, po lewej ręce mam. Nie da się. I nie da się, że „karlkierownic“ to „wolfram“ i że jeżdżenie pociągiem piętrowym, i że czasy się zmienieją, a Pan ciągle jest w komisjach. Ale może to wszystko przeszłość i bez znaczenia, a teraz jego żona i tak nie żyje, a liczy się wino z regionu Rioja i jeszcze, że przyjemnie jest razem na połoninie…nie.

trochę o mojej relacji z Hiszpanem

 

Napisałam tutaj całą stronę o mojej relacji z H. ale wszystko mi się skasowało….

następnie

Moja hiszpańska znajomość chyba nie za daleko mnie zaprowadzi.

Dzieli nas 20 lat różnicy, on jest pedantem, dość dominującym.

Na razie to kontynuuję: byłam u niego 4 dni w ubiegłym tygodniu, a teraz z kolei on ma przyjechać do Polski na 4 dni z końcem czerwca (jedziemy w góry). Wstępnie zaplanowaliśmy 2 tygodniowe wakacje w sierpniu w  Hiszpanii – nie wiem czy dotrwamy.

 

Moja matka mnie znowu zaatakowała (tuż przed wyjazdem do Hiszpanii): najpierw obdzwoniła moją koleżankę M. oraz moja sąsiadkę z naprzeciwka. Udawała troskę o to, czy mnie jakaś sekta nie wciągnęła. Natomiast gdy moja sąsiadka (nie wiem po jaki chuj) jej powiedziała, że mój ojciec się zajmuje moim psem – wpadła w szał i nagadała jej o moim ojcu, mojej jednej babcie, drugiej babce (oczywiście, że w więzieniu siedziała) oraz że ja ja okradłam. Zaznaczyła też że „mogłaby mi zepsuć reputację  w moim środowisku zawodowym, bo ci ludzie są okropni, tylko czekają na to, żeby ktoś się skompromitował”, ale że ona taka nie jest i że nie zniszczy tylu lat moich starań. Merci Maman!

W niedzielę wykonała do mnie 18 telefonów w ciągu 23 minut (nie podnosiłam, więc skończona kretynka wykręcała raz za razem, jak gdyby mogła mnie w ten sposób przymusić do odebrania telefonu), a nazajutrz sms z oskarżeniem, że mój ojciec za tym wszystkim stoi, że „przemeblował mi głowę”. Na koniec żądanie: „zadzwoń do mnie”.

Wkurwiłam się i napisałam jej, że nie życzę sobie od niej żadnym telefonów, smsów, maili ani listów. Że już NIGDY nie będę utrzymywać z nią ŻADNEGÓ kontaktu. I że sama ponosi odpowiedzialność za to, jak się zachowuje względem mnie, ojca czy innych ludzi. Że całe życie ponosi konsekwencje tego jakim jest człowiekiem, tylko zawsze zrzuca winę na innych. Napisałam, że że nie ma w moim życiu miejsca dla niej.

Zamilkła.

hiszpan

Mój wyjazd wielkanocny z hiszpańskim znajomym był bardzo udany. Chodziliśmy na spacery, jedliśmy dobre rzeczy, jeździliśmy na rowerze nad jezioro, piliśmy wino, kochaliśmy się.

Miłość fizyczna była zupełnie inna, niż rok temu w sierpniu. Wtedy byłam zamknięta i urażona tym, co czułam: że traktuje mnie jak rozrywkę, jak zabawkę do łóżka, którą sobie kupił na wakacje.

Teraz było bardzo dobrze. Nie ma między nami wstydu albo skrępowania, jest namiętność i czułość.

Na razie zaplanowaliśmy, że polecę do niego na 4 dni w końcu maja. Potem – nie wiem…

Życie przynosi nieoczekiwane wydarzenia. Nie mam pojęcia, w jakim kierunku znajomość ta się rozwinie. Boję się, że się zakocham, że go pokocham, a on będzie daleko i będę nieszczęśliwa. Brakuje mi go na co dzień, pisanie smsów trochę pomaga, ale tylko trochę. Chciałabym móc obok niego się położyć, przytulić, poczuć jego zapach. Ładnie pachnie. I ma gładką skórę.

 

Z ojcem dobrze mi się układa.

Od Hiszpana uczę się akceptowania inności, nawet tego, czego zupełnie nie rozumiem. Mojej relacji z ojcem też to dobrze robi – uczę się oczekiwać mniej.

Patrzę na zdjęcia z wyjazdu i widzę siebie jakąś taką miękką, kobiecą, słabszą, niż kiedyś.

nowości

Bardzo dawno tutaj nic nie pisałam, a w moim życiu nieco się pozmieniało.

Przede wszystkim w ubiegłym roku w lipcu nieoczekiwanie dostałam propozycję krótkiego wyjazdu do Hiszpanii od pewnego znajomego, którego poznałam w 2009 roku. Pisałam o nim tutaj w maju i czerwcu 2012 r., bo wtedy poleciałam do niego na tydzień. Z kolei dwa lata wcześniej on był w Polsce, pokazywałam mu moją okolicę. Nigdy między nami nie wydarzyło się nic poza koleżeństwem. Gdy więc zaproponował mi wspólny wyjazd, bez namysłu się zgodziłam. Wcześniej doszłam do wniosku, że jestem wycofana, ślepa i zamknięta na mężczyzn i postanowiłam, że będę kierować ku mężczyznom więcej uwagi. A ta propozycja pojawiła się jak na zawołanie.

I tak oto znalazłam się w Kantabrii z mężczyzną o 20 lat ode mnie starszym, ale traktującym mnie z dbałością i dużym zainteresowaniem. Dla mnie ten romans był jak z innego życia. Sama z ciekawością przyglądałam się sobie i swoim reakcjom. Szczególnie ciekawe było dla mnie to, że on zapłacił za ten wyjazd, ja kupiłam sobie bilet lotniczy i kilka razy zapłaciłam za nas rachunek w restauracji. Było mi z tym dość niewygodnie, bo czułam się, jakbym dokonała transakcji: moje ciało za rachunek za wakacje. Nie mogłabym być niczyją utrzymanką. Z drugiej strony tak sobie leżałam w nocy, patrzyłam na morze za oknem, na księżyc, i myślałam, że przede mną i po mnie miliony kobiet leżały i będą leżeć w pościeli obok śpiących, nagich mężczyzn i rozmyślać o tym, co się zdarzyło. Czułam się, jak rozkrojona brzoskwinia: pachnąca i ociekająca słodkim sokiem. A pościel była gładka i jedwabista.

Po powrocie on nadal utrzymywał ze mną kontakt przez whatsapp, ja w zasadzie nie wiedziałam po co. Ten wspólny tydzień odebrałam tak, jakby on sprawił sobie zabawkę do łóżka. Nie odczułam z jego strony żadnego zaangażowania, ja też nie zaangażowałam się wcale. Dlatego zupełnie nie rozumiałam w jakim celu on ze mną w dalszym ciągu utrzymuje kontakt i wysyła mi te wszystkie zdjęcia smażonych, pieczonych i gotowanych potraw, uśmiechniętych twarzy z rodzinnych imprez, informacje o tym, że matka w szpitalu, że pojechał z psem w góry, że przejeżdża przez miasteczko, w którym razem byliśmy itd.

Nie chcę Was zanudzać opowieściami, koniec końców około Bożego Narodzenia nastąpiło jakieś takie przesilenie w tych naszych kontaktach i zauważyłam niewielką zmianę w tonie tych jego wiadomości. Stały się bardziej czułe, więcej w nich było zainteresowania. Wreszcie, w Nowy Rok wysłał mi propozycję wspólnego wyjazdu i zapytał, gdzie chciałabym pojechać. Ja mu zaproponowałam, żebyśmy spędzili tym razem czas w Polsce. Chciałabym mu się odwdzięczyć za to, że zorganizował tamten wyjazd i chciałabym mu pokazać kawałek naszego kraju. Zgodził się z entuzjazmem.

A zatem: na Wielkanoc przylatuje do mnie mój hiszpański kochanek. Spędzimy kilka dni w Warszawie, bo chcę mu pokazać naszą stolicę, którą uwielbiam. Potem pojedziemy nad jeziora.

Możecie się śmiać, ale przez te 2 miesiące nasze wiadomości zmieniły charakter. Cieszę się, kiedy pisze do mnie „cariño” albo „carina”. I w ogóle miło jest obcować z normalnym mężczyzną, który interesuje się podobnymi rzeczami jak ja, zawodowo jest zrealizowany, a równocześnie lubi dom, umie gotować, prasuje, kupuje w supermarkecie i biega z psem. Nie ma wywrócone w głowie. Nie jest opętany przez pieniądze. I lubi dzieci. No i ma psa – beagle’a. Ma też troje dzieci, ale dorosłych (bo on jest wdowcem, jego żona umarła kilka lat temu na raka).

 

Jest to dla mnie wielka niespodziewanka, choćbym nie wiem jak fantazjowała, to w życiu bym nie wymyśliła, że coś może mnie z nim związać. A tu proszę, taka ciekawostka.

Na razie jest za wcześnie, żeby o czymkolwiek myśleć, zobaczymy najpierw, jak przebiegnie ten nasz wspólny wyjazd.

W każdym razie w moim życiu pojawił się pierwiastek męski i bardzo mi to odpowiada.Chociaż kilka moich koleżanek twierdzi, że on jest dla mnie za stary, że „powinnam poszukać sobie kogoś młodszego”. Ha ha ha, tego szukania to już mam za sobą 13 lat. I co? Bez efektu. A może właśnie nie jest dla mnie za stary? Może nieoczekiwanie akurat jestem kobietą, która potrzebuje obok siebie takiego starszego mężczyzny? Poza tym on jest bardzo przystojny i  zadbany.

 

Moja koleżanka M., tymczasem, jest w 4 miesiącu ciąży. Wdała się w romans z jakimś przypadkowym znajomkiem (zresztą żonatym i z dzieckiem) i wpadła. Męczące jest dla mnie to, w jaki sposób ona a tę sytuację reaguje. Tak, jakby nic się nie stało. Ona w żaden sposób nie wyraża emocji, a je się przez to męczę, bo odbieram jej zachowanie tak, jakbym ja też nie miała przestrzeni do przeżywania moich emocji. Z drugiej strony nie chcę z nią roztrząsać moich przeżyć związanych z tym, że moja hiszpańska znajomość się rozwija i że (oczywiście) buduję w sobie (nieuzasadnione być może) oczekiwania, co do dalszych jej losów. Nie mam serca jej pokazywać smsów, w których on do mnie pisze, że chciałby być w danej chwili ze mną albo że mnie gdzieś zabierze lub coś mi pokaże. Bo ja się z tego cieszę, a dla niej to mogłoby być przykre. I w ten sposób oddalam się od mojej koleżanki M., bo nie dopuszczam jej do współdzielenia ze mną tych uczuć ekscytacji, nadziei, radości, a z drugiej strony z nią niczego nie współdzielę, bo ona nie udostępnia żadnych uczuć do współdzielenia. Mówi o tej swojej ciąży jak o wyzwaniu logistycznym, kolejnym zadaniu do wykonania i powrócenia do pracy. Nie umiem się w tym odnaleźć.

update

Krótki update, aby było jasne, co i jak:

Dzisiaj dostałam od mojej mamusi list, który na kopercie miał tylko moje nazwisko i adres. Bez imienia. Załóżmy, że nazywam się Nowak. Na kopercie napisała:
Nowak
ul. Jasna 15
Miasto

W środku był list z banku, odnośnie mojego kredytu, który jej w ogóle nie dotyczy. Napisała na nim ołówkiem: „Są przepisy, które pozwalają na wypowiedzenie ubezpieczenia umowy kredytu”.

Idiotka.

Najpierw obraża mnie w ten sposób, że nie raczy na kopercie napisać nawet mojego imienia. Obrzydliwe. A potem mi jakieś sugestie robi, co powinnam zrobić z moim kredytem? Paranoja.

Olałam to.

Jeśli chodzi o K. to historia też skończyła się dziwacznie.
Już sama nie wiem czy to ja dobieram sobie samych świrów obok siebie czy mam skłonnośc do prowokowania zrywania znajomości.
Stanęło na tym, że dwukrotnie znienacka zerwał ze mną kontakt bez słowa. Zasłaniał się jakimiś durnymi wyjaśnieniami, że „tak bardzo mnie kocha, że nie może ze mną być”. Na koniec trzasnął mi drzwiami samochodu przed nosem przy okazji jakiejś przekomarzanki (nawet to nie była sprzeczka! po prostu żartowaliśmy, aż tu nagle on zareagował śmiertelnie poważnie). Po tym wszystkim go olałam. Po miesiącu znienacka mi napisał jakieś wylewne życzenia urodzinowe i świąteczne, na które odpowiedziałam krótko: „Uprzejmie dziękuję”. Na co on usunął mnie ze znajomych na Facebooku.

Przypominam czytelnikom, że człowiek ma 60 lat.

Od chwili usunięcia mnie z facebooka nie nawiązuję kontaktów z byłym absztyfikantem. Niezmierzone jest szaleństwo ludzkie. Człowiek poszedł ze mną do łózka jednego wieczoru, a następnie przez dwa tygodnie unikał kontaktu zasłaniając się tym, że jest tak porażony uczuciem, że płonie. O Jezu Maryjo. Popłonął, popłonął, a potem zaproponował, żebyśmy „zostali przyjaciółmi”. Ja nawet na to przystałam, bo jakoś moje serce nie płonęło. Ale i z tej „przyjaźni” nic nie wyszło, bo trzaskać drzwiami mi przed nosem, to nikomu nie pozwolę.

No i tak.

Pan K. zrównoważony nie był. Trochę mi brak rozmów z nim, bo inteligentny był, ale ogólnie jestem spokojniejsza i bardziej zadowolona, bo mi nikt zamętu w życiu nie sieje. On był trochę taki zaburzony, to znaczy wnosił pierwiastek niepokoju i zagrożenia w moje życie. Akceptacji warunkowej. Jednego dnia tak, a drugiego siak.Ja już się na to nie zgadzam. Chcę bezpieczeństwa i poczucia stabilizacji.

Jeśli chodzi o ten list od mojej matki, to najsmutniejsze jest to, że właściwie nawet mi to nie sprawiło większej przykrości, jestem zobojętniała na nią.

Zaproponowałam w ubiegły weekend mojemu ojcu, żebyśmy się spotkali z L.

K.

Dziwna rzecz się dzieje od kilku miesięcy. Poznałam sąsiada: K., który jest ode mnie 20 lat starszy. Ma jakąś narzeczoną, z którą go wiążą niejasne relacje. Jest rozwodnikiem od wieku wieków. Córka jego jest w moim wieku. Jest bez grosza, bo – jak twierdzi – oskubała go jeszcze jakaś kobieta pośrodku, pomiędzy tamtymi dwiema, z którą spędził 20 lat. Inteligentny jak pieron i śliczne oczy ma. Książki pisze i w radiu pracuje. Psa mojego lubi. Mnie lubi. Nawet na pewno mu się podobam, bo często o tym mówi. Raz próbował mnie pocałować, ale nie pozwoliłam.
Ciągle spędzamy ze sobą czas.
Nie wiem, w co ja się ładuję, jak Boga kocham. Jeszcze tego mi potrzeba: zostać kochanką człowieka w wieku mojego ojca, który ma za sobą życie i niczego nie jest mi w stanie zapewnić.
Dzisiaj był u mnie na obiedzie, a potem poszedł z narzeczoną do kina. Na Woody Allena. Sprawdzałam mu godziny seansów. !!!

oboje są do niczego

Teraz kilka słów o moim tatusiu, żeby nie było, że mam tylko wspaniałą matkę.

Jakoś w lutym mój ojciec do mnie zadzwonił i mówi, że L. dostała ciekawą propozycję z pracy, że mogliby z ojcem wyjechać w okresie świąt wielkanocnych na kilka dni do jakiegoś ośrodka w Świnoujściu, bo ona ma tam mieć jakieś wykłady i że ten zleceniodawca zapłaciłby za ich pobyt, no i co ja na to. (że niby chodzi o to, że znowu, po raz czwarty, mielibyśmy spędzać święta osobno). czy nie będzie mi przykro. I że to taka okazja no i w ogóle.

Ja się oczywiście zgodziłam, no bo jak tu się nie zgodzić. Jak powiedzieć komuś, żeby nie skorzystał z okazji wypoczynku? Zresztą po co? Nie pierwszy raz miałabym spędzać święta sama i zapewne nie ostatni. Poza tym od tamtego pierwszego Bożego Narodzenia, kiedy zadecydował, że chce spędzić święta (w tym wigilię czyli moje urodziny) z nimi, „bo tym małym dzieciom będzie przykro, dlatego, że im już obiecał”, w sporym stopniu stało mi się obojętne to czy spędzam święta z nim czy bez niego.
Niech zatem jedzie na Wielkanoc do Świnoujścia, skoro to taka okazja, i niech wypoczywa.

Ja święta spędziłam bardzo przyjemnie, wcale nie czułam żalu, że nie jestem z ojcem, a tym bardziej z matką.

Wczoraj był u mnie ojciec i od słowa do słowa wygadał się, że ten wyjazd do Świnoujścia oni już rezerwowali w listopadzie, a płacili w styczniu. Czyli to nie prawda, że to jakaś okazja była rzekomo związana z jej pracą. Po prostu normalny pakiet świąteczny sobie wykupili i tyle.
Po co mnie kłamie?
I jeszcze wyjeżdża ze swoją bajką już po tym, jak wakacje mają już opłacone.
A co by zrobił, gdybym załóżmy powiedziała, że nie? (oczywiście nigdy bym tak nie powiedziała, no ale załóżmy). Co by wtedy powiedział? No bo przecież na pewno by pojechał.

No i w taki właśnie sposób mój ojciec potrafi popsuć każdy przyjemny dzień.
A jaki on jest z siebie zadowolony! Uważa, że był wspaniałym mężem i wspaniałym ojcem.

Rozmawialiśmy o mojej matce i on opowiada taką historię:

„Kiedyś przyjechałem z Niemiec i przywiozłem dla Was różne prezenty. One leżały porozkładane na szafkach w kuchni. Ja z nią siedziałem przy stole, a ty stałaś obok. Ona się oczywiście ze mną kłóciła, a ja jej wtedy powiedziałem: „Dlaczego Ty człowiekowi mówisz takie rzeczy? Potrafisz człowieka złamać słowem.” Wtedy wziąłem do ręki takie pióro, które dla Ciebie kupiłem i złamałem je na pół. Ty wtedy nie płakałaś. Zrozumiałaś”.

Rozumiecie?
Mój ojciec po to, żeby dotknąć moją matkę wziął mój prezent i go zniszczył na moich oczach. Ja się oczywiście bardzo cieszyłam z tego pióra. To było kolorowe plastikowe pióro w środku PRL.
A mój własny ojciec złamał je na pół na moich oczach.
A dzisiaj przytacza tę opowieść na poparcie stanowiska, że to moja matka jest zła. On w swoim postępowaniu nie widzi niczego złego. Nie widzi, że mnie skrzywdził.

On sobie po prostu powiedział, że mnie to nie sprawiło przykrości, że ja „zrozumiałam”. Jak ośmioletnie dziecko ma zrozumieć, że ojciec niszczy jego prezent? Czy dorosły człowiek naprawdę może zakładać, że dziecko to zrozumie?
Moim zdaniem nie.

Po prostu mój ojciec w tamtej chwili potrzebował tak właśnie postąpić i choćby nawet miało się to odbyć z pokrzywdzeniem mnie – to w porządku.

Tacy są właśnie moi rodzice. Oboje.

Mój ojciec fundował mojej matce setki takich kłamstw, jak to, które zafundował mnie teraz, z tą Wielkanocą. Ona go prędzej czy później demaskowała i wtedy były awantury. A mój ojciec wcale nie uważał, że postąpił źle.

Krótko mówiąc, oboje moi rodzice stoją na stanowisku, że każde z nich było doskonałym rodzicem i małżonkiem. Powinszować.

sms

Dzisiaj dostalam od mojej matki smsa o tresci:

„Zaleglosc 1359 zl”

Zakomunikowala mi w ten sposob, ile ma dlugu w spoldzielni mieszkaniowej, ktory podjelam sie splacic. Szkoda gadac. Moznaby skomentowac to po prezydencku: „Ani me, ani be, ani kukuryku”.

Taka wlasnie jest moja matka.
I w dodatku to ona czuje sie skrzywdzona, oszukana i zdradzona.

to tyle

Obiecałam, że jeśli zdarzy się coś istotnego, to tutaj o tym napiszę. Dotrzymuję więc słowa, chociaż będzie to raczej opis zdarzeń minionych, a nie bieżąca relacja, tak jak to było wcześniej. Kiedyś naprawdę żyłam tym blogiem, potrzebowałam go na co dzień. Obecnie już tak nie jest. Żyję i daję jakoś radę, bez potrzeby wypisywania tego, co czuję.

Moja matka wysłała do mnie znienacka smsa w środę przed Wielkanocą. Był to jakiś idiotyczny pretekst: rzekomo bank przysłał jej jakiś dokument w sprawie mojego kredytu mieszkaniowego.
Załatwiłam sprawę w banku i odpisałam jej, że temat jest zamknięty.
W Wielki Piątek z samego rana – telefon.
Akurat wychodziłam z psem, więc nie podniosłam. Po powrocie z półgodzinnego spaceru miałam wyświetlone 17 nieodebranych połączeń. Chora osoba…
Oddzwoniłam.
Płacze, żale, kłamstwa, zaprzeczenia.
Twierdzi, że dzwoni rzekomo dlatego,, że jej lekarka powiedziała, że JA potrzebuję pomocy. Z troski o mnie mamusia dzwoni – nie w celu osiągnięcia swojej korzyści. I coś bełkocze o tym, że nie może tak żyć, że jej „uczucia nie pozwalają”. Jakie uczucia? Nie mówi.
Mówi, że nie ma z czego żyć, że ma długi w spółdzielni mieszkaniowej za kilka miesięcy, że nie znalazła pracy, że sprzedaje jakieś rzeczy z domu, żeby mieć na utrzymanie. Szuka pracy, rozsyła CV, ale nikt jej nie chce. Dała pieniądze jakiemuś przypadkowemu chłopu, który jej przyobiecał zatrudnienie, a on te pieniądze wziął i nigdy jej się już nie pokazał na oczy.
Argumentuje, że sprzedawanie jej 3-pokojowego mieszkania i kupienie w to miejsce mieszkania mniejszego teraz nie ma sensu, dlatego, że oszczędność na czynszu będzie niewielka, koszty przeprowadzki wysokie, a meble trzeba będzie wyprzedać za bezcen. A przecież ona to mieszkanie chce zachować dla mnie, żebym ja miała, bo to przecież majątek.
Twierdzi, że dom w górach wystawiła na sprzedaż, ale równocześnie podała cenę 200.000 zł – jak twierdzi dlatego, że „nie chce aby się zmarnowały pieniądze, które ja w ten dom włożyłam”. Cena jest zaporowa – nikt starej chałupy za tyle nie kupi. Po prostu pozoruje próby sprzedaży.

Potem następuje parada argumentów, jak to ona całe życie wszystko dla mnie, z myślą o mnie. Wspominki, jak to nam było ciężko i jak to razem zmagałyśmy się z życiem. I jaka ona teraz jest bezradna, bo nie myślała o sobie, tylko o mnie.

Zaczynam protestować. Przytaczam szereg historii, w których zachowała się karygodnie. Zaprzecza. Zarzucam jej, że odcięła mnie od ojca, że mnie na niego szczuła, że mnie przeciwko niemu podburzała, że żądała ode mnie, abym walczyła po jej stronie w wojnie, którą z nim toczyła. Wypiera się. Zaprzecza.
Wytykam jej, że mnie wyrzuciła na ulicę na kilka dni przed maturą – udaje, że nie wie, o co chodzi.
Mówię jej, że stosunki pomiędzy kobietami w jej rodzinie były zawsze nienormalne, że prababka z babką się nienawidziły jak psy, a mieszkały pod jednym dachem, że prababka babkę niewoliła, że wrzucała jej do pieca sukienki, jak się pokłóciły, że ona sama (czyli moja matka) z własna matką wyzywały się i gnoiły. Odpowiada mi, że mam milczeć, że nie mam pojęcia o tym, jakie były stosunki u niej w domu, jak postępowały jej babka i matka. Prawda jest taka, że wszystko to wiem od mojej matki. Moja prababka tak ją potraktowała, że kiedy ja się urodziłam, to ona zabroniła moim rodzicom wchodzić do kuchni, gdzie było jedyne ujęcie wody. Dlatego moja matka topiła śnieg, żeby mi uprać pieluchy. Wojowały całe życie, wyzywały się. Moja matka żarła się ze swoją matką, obrzucając najgorszymi wyzwiskami, a potem się nie odzywały po kilka lat: pięć, osiem. Potem nagle znowu się odzywały, a następnie na nowo wojna i plugawienie się. Moja matka kiedyś z zemsty na swojej matce doprowadziła do tego, że wszyscy razem we troje (z moim ojcem i ze mną) jeździliśmy przez kilka dni z rzędu pod okna mojej babki samochodem i rzucaliśmy jej petardy wybuchające głośno pod oknem, żeby ją wystraszyć, żeby jej zakłócić spokój. Moja matka wycięła jej w tajemnicy nocą pół przęsła siatki ogrodzeniowej, żeby miała kłopot. Zapchała jej klejem kłódkę do komórki z węglem w styczniu, żeby nie miała jak się dostać do opału. Moja babka wtedy poszła złożyć zawiadomienie do prokuratury, wskazując moją matkę jako przypuszczalnego sprawcę. Moja babka zostawiła notarialny testament, w którym moją matkę wydziedziczyła. Wydziedziczyć to znaczy pozbawić jakichkolwiek praw do spadku. Aby to zrobić, trzeba w testamencie szczegółowo opisać, jakich karygodnych czynów dopuścił się spadkobierca względem spadkodawcy. Moja babka to wszystko wyłuszczyła. Było tego kilkanaście linijek tekstu: opis osiągnięć córki. Innym razem, moja matka poszła na parafię do księdza poskarżyć się, jaka jej matka jest zła. Moja babka była straszną dewotą, bardzo jej zależało na opinii księdza, robiła w parafii za gwiazdę – haftowała obrusy na ołtarz i łaziła na kółko różańcowe (jednocześnie w domu wyzywając wszystkie te inne dewoty od najgorszych kurew) – dlatego moja matka wiedziała, że dotknie ją tym do żywego.

I w tym wszystkim moja matka nagle unosi się, kiedy ja twierdzę, że stosunki w jej rodzinie były nienormalne. Kiedy jej mówię, że w normalnych rodzinach nie jest tak, że ludzie naprzemiennie się wzajemnie opluwają, a potem jak gdyby nigdy nic żyją razem dalej aż do czasu następnej grandy – ona kompletnie mnie nie rozumie. Powiedziałam jej, że te stosunki, które panują między mną a nią, też są chore. Że nie jest normalne, żeby córka z matką nie odzywały się przez ponad dwa lata. Że nie jest normalne, żeby matka obrażała się na córkę o jakąś pierdołę i nie odczuwała potrzeby kontaktu przez półtora roku. Wytykam jej, że mi groziła, że jeśli natychmiast nie podniosę telefonu, to wyśle kopię mojego listu do mojego stowarzyszenia zawodowego, żeby mnie skompromitować. Wypiera się. Ja jej mówię, że mam to nagrane i jeśli chce, mogę jej odtworzyć. Wtedy mówi, że przecież tego listu nie wysłała, więc o co mi chodzi. Ja jej mówię, że żadna kochająca matka swojemu dziecku nie grozi. Nie szantażuje własnego dziecka.

Długo trwała ta rozmowa, prawie dwie godziny.
Wyrzucałam jej i wyrzucałam, a ona wszystkiemu zaprzeczała, wypierała się, mówiła, że nie pamięta.
Powiedziałam jej, że nie miała prawa mścić się na ojcu w ten sposób, że mnie przeciwko niemu nastawiła, że ograbiła mnie na 20 lat z mojego prawa do posiadania ojca. A ona na to, że to były inne czasy, że „nie było tej całej nowomody“ (sic! Powiedziała „nowomody“! Cymbał, w życiu nie słyszała o Orwellu, a sili się na cytaty. Kiedyś też mówiła „ewelement“ i „interpretacja poselska“ zamiast „interpelacja poselska“. Pouczała wtedy takiego bidnego, bezzębnego chłopa ze wsi, który płot nam stawiał. Pani z miasta, w dupę mać, chłopa będzie edukować, żeby się dowartościować).

W całej tej dwugodzinnej rozmowie ani razu nie powiedziała: „kocham Cię“ ani „przepraszam“, ani „wybacz mi“. Nic.
Ona się po prostu do niczego nie poczuwa i niczego nie rozumie.

Pytam jej: „Na co czekałaś przez te półtora roku od ostatniej rozmowy do dnia otrzymania mojego listu? Dlaczego nie skontaktowałaś się ze mną?”
Odpowiada: „Czekałam, aż mnie przeprosisz.”

Moja matka uważa, że ja mam ją za co przepraszać!

Pytam jej: „Za co miałam Cię przepraszać? Za ten dysk, którego nie zabrałam?”

Odpowiada: „Bo ja sobie wyobraziłam, że Ty specjalnie ten dysk i ten flirt wzięłaś i je wyrzuciłaś, żeby mi pokazać, że ja jestem nic nie warta, że to, co ja zrobiłam nie ma dla Ciebie żadnej wartości“.

Pytam: „A czy miałaś jakiekolwiek dowody na to, że ja właśnie tak zrobiłam: wyrzuciłam ten dysk i ten flirt do śmieci, właśnie po to, żeby Ci zamanifestować, że jesteś nic nie warta?“

Odpowiada: „No przecież tego dysku nie było“

Mówię: „Acha, więc Ty sobie wyobraziłaś to, że ja to robię a potem oczekiwałaś, że ja Cię przeproszę za to, co zrobiłam według Twojego wyobrażenia?“

Odpowiada: „No przecież tego dysku nie było“

Koniec dyskusji. Żelazna logika mojej matki. Jest trup – znaczy się zabiłam.

Powiedziałam jej, że czuję się zmanipulowana, bo dzwoni do mnie w święta i próbuje coś uzyskać.

Pytam jej kilka razy: „Czego oczekujesz, czego ode mnie chcesz?“
Odpowiada: „Niczego“

Mówi, żebym nie sprowadzała rozmowy do pieniędzy, bo ją to rani. Dyskutujemy bowiem na temat tego, że żyła z pieniędzy płaconych przez mojego ojca. Moja matka twierdzi, że część to były alimenty na nią. Kiedy próbuję wyliczyć, że nawet gdyby tak było, to żyła również z części przeznaczonej dla mnie – zaprzecza.
Kiedy mówię, że odkąd poszłam do pracy, utrzymywałam się sama – zaprzecza.
W ogóle prawie wszystkiemu zaprzecza.

Głos ma smutny, załamany, mów do mnie : „Lileczko“. Na koniec składa mi życzenia świąteczne i pyta mnie, gdzie spędzam święta. Ogarnia mnie pusty śmiech.
Mówię jej, że już cztery razy po drodze były święta, w tym dwa razy moje urodziny i jakoś jej nie interesowało, gdzie je spedzam, a teraz nagle pyta? Oczywiście jej nie powiedziałam. Życzeń nie przyjęłam z tych samych powodów. Ona na to, swoim udawnym łagodnym głosem, że przecież obcym ludziom życzy dobrze na święta, to dlaczego miałaby mi życzeń nie złożyć.
Rzygać mi się chce.

Kończę z nią romowę i mówię, że zadzwonię w połowie kolejnego tygodnia w związku z jej sytuacją materialną. Że przyjęłam do wiadomości i że nie zostawię tego tak.

Mój ojciec święta spędza na drugim krańcu Polski ze swoją narzeczonką. Dzwoni w sobotę, więc krótko mu mówię co i jak. Uzgadniamy, że przyjedzie do mnie po świętach, pogadamy i ustalimy, co zrobić (inaczej mówiąć: jak podzielić obciążenia finansowe).

Ja święta spędzam bardzo przyjemnie: z M. i jej rodziną, potem na pikniku z moim sąsiadem K, a w poniedziałek u A. – cały dzień w ogródku. Jestem zadowolona. Potem przez kilka dni nie mogę się przemóc, żeby do tej czarownicy zadzwonić.

Przyjeżdża ojciec i uzgadniamy: będziemy jej płacić 1.500 zł miesięcznie i składać się na to po równo. Zapłacimy dług w spółdzielni.

Dzwonię do mojej matki wczoraj rano: nie odbiera. Jest wykluczone, żeby jej nie było w domu: po prostu zaczyna się tresura. Nie oddzwania. Ja nie dzwonię po raz kolejny, dopiero po południu.
Odbiera. „Słucham” – mówi zaczpnym i hardym tonem. Już jej minęły „uczucia“, o których tak się rozwodziła jeszcze tydzień temu.
Mówię jej o tym, że będę jej płaciła tyle i tyle, że przeleję jej na konto pieniądze na dług w spółdzielni. Przez chwilę zaczyna swoim udawanym łagodnym tonem chromolić coś o tym, że być może tego długu jest mniej, niż wcześniej mi powiedziała, bo przecież ona ma oszczędności na kaloryferach. Taka troskliwa! Chce mi ulżyć! Chce mi zminimalizować obciążenie. Ojej!
Ucinam rozmowę mówiąc, że ma mi wysłać kwotę smsem.

Zapada na chwilę cisza. Ton jej się zmienia. Załatwiła sprawę finansową – znowu zaczyna przemawiać hardo. Pyta: „To co, tyle?“. Ja na to: „Tak“. Ona: „No to tyle“. Ja: „Cześć“ i się rozłączyłam.

Osiągnęła swój cel:
Zachowuje trzypokojowe wygodne mieszkanie, dom w górach, który, nota bene, jest jej do niczego nie potrzebny, będzie każdego miesiąca dostawać kwotę, na którą połowa narodu musi harować cały miesiąć. Będzie kwitła przed telewizorem, wyzywała wszystkich od kurew, pomstowała każdemu, w tym przede wszystkim mnie („Ty zdrajco“, „Masz brudne ręce“).
Obrzydzenie mnie bierze na samą myśl o niej.

Oczywiście nie powiedziała: „dziękuję“. Uświadomiłam to sobie dopiero po czterech godzinach.

Zapytacie mnie: dlaczego się zaoferowałam płacić na jej utrzymanie?
Dlatego, że przez wiele lat ona czyniła wszystkie wysiłki, żeby mnie było lżej. Szyła mi ubrania, troszczyła się o to, żebym była dobrze odżywiona, prała, prasowała, sprzątała. Nie zostawię jej bez środków do życia. Nie wyrzucę jej pod most. Po prostu chcę się zachować humanitarnie. Nic więcej.

będę kończyć

Bede konczyc prowadzenie tego bloga. Mija dwa lata od jego zalozenia i zdaje mi sie, ze wypelnil juz swoja funkcje. Nie moge powiedziec, ze sie w pelni uwolnilam od toksycznej matki, co jest jego tytulem. Na pewno jednak w duzej mierze cel ten osiagnelam. To, co pozostalo, niewarte jest opisywania i fundowania sobie i Wam smieciowych postow.
Nie chce tez, aby ten blog przeobrazil sie w pretensjonalny pamietnik moich wahan nastrojow.
Tak wiec – koncze.
Wpisze nowy post, jezeli wydarzy sie cos waznego, istotnego z punktu widzenia procesu „wychodzenia” i budowania nowego zycia.

Wszystkiego dobrego zycze czytajacym, a przede wszystkim osobom w polozeniu podobnym do mojego. Powodzenia!

święta

Wesołych Świąt! 🙂
Ja wyjeżdżam właśnie do moich znajomych w Alpy na cały tydzień. Wczoraj i dzisiaj był u mnie ojciec, zrobiliśmy wigilię. Kupiłam mu na gwiazdkę bilety na koncert Petera Gabriela, bardzo się ucieszył. Zabrał mojego psa, a ja ruszam w podróż. Od mojej matki ani śladu kontaktu no i bardzo dobrze.

ktoś

Kurczę, ktoś jednak czyta tego bloga! Na przykład dzisiaj: 60 osób. Znaczy to, że jednak komuś się na coś przydaje to moje pisanie, komuś może pomoże? Tak jak to na początku założyłam. Cieszę się.

A dziś listonosz mi zostawił awizo. Ciekawe co to :/

cisza

Na razie cisza. Nic, żadnego kontaktu.
Niestety nie wierzę, żeby to się utrzymało 😦 W zasadzie stale jestem w stanie wyczekiwania, co się za chwilę wydarzy: każdy telefon, każdy dzwonek do drzwi przywodzi mi na myśl, że to może być ona.

Oglądałam wczoraj film „Pokłosie”. Dobrze ilustruje sytuację, że żyje się obok demonów przeszłości, z gnijącym trupem w szafie. Udajemy, że życie toczy się normalnie, że jesteśmy zwykłymi ludźmi: pracujemy, robimy zakupy, głaszczemy dzieci po głowach. Ale tak nie jest – co się zdarzyło w przeszłości, to się zdarzyło, tego się nie da odwrócić.
Mogę sobie być uśmiechnięta, elegancka i wykształcona. Ale prawda pozostanie prawdą. Ta zgnilizna, która była u zarania mojego istnienia, a nawet wcześniej, nadal wydaje smród, który ja czuję, a ta zgnilizna, która nadal postępuje – do tego się dokłada.
I tego się nie da naprawić. Nie da się naprawić moich stosunków z moją matką. Nie da się również ich unicestwić, nie mogę się od niej całkowicie odciąć. Bo choćbym nie utrzymywała z nią żadnych kontaktów, choćbym nawet odcięła się emocjonalnie od tego, co ona robiła, robi i będzie robić, choćby mnie to nie dotykało, to ona na zawsze pozostanie częścią mojej historii, mojego życia. Jeśli kiedyś będę miała dzieci i one zapytają mnie kim była moja matka, to będę im chciała opowiedzieć prawdę. A to nie jest miła historia, którą można się pochwalić.
Czuję się tym obciążona. Chciałabym się kiedyś od tego uwolnić, poczuć się wyłącznie sobą, bez związku z osobami, od których się wywodzę.
A równocześnie zazdroszczę wszystkim tym, którzy mają „porządne” rodziny.
Z jednej strony uważam, że człowiek jest wart tyle, ile sam sobą reprezentuje, że posiadanie szlachetnych przodków nie podnosi tej wartości, w żaden sposób nas nie definiuje. Z drugiej strony jednak żałuję, że ich nie mam. Nie opowiadam o przeszłości mojej rodziny, bo ja nie mam rodziny, a ci ludzi różni w przeszłości i w teraźniejszości, z którymi nie czuję się w żaden sposób związana, to nie są osoby, o których można byłoby wiele dobrego opowiedzieć. A co, mam opowiadać nieprawdę, udawać, ze było inaczej, niż było? Nie będę tego robić. Więc milczę.

nie znam odpowiedzi

Czuje sie zagubiona. Mam stale poczucie, ze mijam sie z rzeczami najbardziej waznymi w zyciu, a trwonie czas i energie na sprawy drugoplanowe. Nie wiem, jak to odmienic.
Ostatnio czuje sie gorzej, jako kobieta. Dotknelo mnie to, co napisal Z: ze jestem „podciociala”. Mysle sobie, ze cos jest na rzeczy. Sporo osob, z ktorymi spedzam czas, jest po 50-tce. Niby w pracy ciagle jestem z mlodymi, na jodze czy na squashu rowniez, ale jednak malo jest w moim zyciu zabawy, beztroskiego spedzania czasu. Czuje sie przygnieciona przez tempo zycia, nie nadazam za oczekiwaniami, jakie stawia przede mna swiat. Chodze zmeczona. Wreszcie dzisiaj sie wyspalam: poszlam w sobote spac o 20:00 i obudzilam sie dzisiaj, w niedziele o 9:30. Przespalam imprezowy sobotni wieczor.
Czuje sie nieatrakcyjna, gruba, opuchnieta. Moje zycie seksualne nie istnieje.
Gubie sie w swoich wlasnych rozmyslaniach: kiedy kupuje nowe sukienki albo buty, czuje sie rozrzutna i próżna. Kiedy ich nie kupuje, czuje sie mniej zżarta przez konsumeryzm, taka bardziej „szlachetna”, ale za to mniej kobieca, skoro nie przywiązuję takiej wagi do strojenia się. Dzisiaj przyszło mi do głowy, że mam pełno kompleksów. Jednym z nich jest to, ze nie odnioslam finansowego sukcesu i ze mieszkam w malym mieszkaniu w byle jakiej dzielnicy, podczas gdy moi koledzy i kolezanki maja domy z ogrodami. I za kazdym razem uprzytamniam sobie, ze kupienie przeze mnie samochodu nie sluzylo tylko temu, zeby wpisac sie w wizerunek, jakiego inni ode mnie oczekuja, ale rowniez dlatego, ze tez ja, w srodku, czuje sie przez to dowartosciowana. To okropne! Zawsze wzbranialam sie przed ocenianiem innych przez pryzmat tego, co posiadaja, a teraz sama siebie wedlug tego ceniam. Bardzo mnie to zasmucilo.

Odkrylam tez, ze ja o sobie mysle zle.
Uwazam, ze jestem niedouczona, mam zle pochodzenie, jestem gruba, brzydka i tępa. Czuję sie winna tego, ze moja matka jest bezrobotna i ze wszystkimi toczy wojny, ze moj ojciec nie spisal sie jako ojciec i jako maz, a zachowal przy tym doskonale samopoczucie.
Dreczy mnie to, czy moja przemiana nie jest tylko powierzchowna. Chodzi mi o to, ze ja obecnie lepiej radze sobie w spoleczenstwie, potrafie dzialac w jedwabnych rekawiczkach, realizuje wiec swoje cele w taki sposob, ze nikogo przy tym nie rozdrazniam, nie ranie. Nie prowadze konfrontacji tak, jak kiedys, wiec nie wchodze w konflikty. To moze sprawiac wrazenie wiekszego, niz kiedys zrozumienia dla ludzi, wyrozumialosci, mniej oceniania. Czesciowo tak jest, ale do jakiego stopnia? Mam przeczucie, ze sama siebie oklamuje. Moze troche gniewu z siebie wyrzucilam, moze nieco wyrozumienia dla innych wypracowalam, ale w gruncie rzeczy najwiecej w tej mojej odmianie zachowan jest zrozumienia dla procesow spolecznych oraz uczynienia z nich uzytku dla mojej korzysci.
Zloszcze sie na moich rodzicow, ze mnie nie nauczyli, jak zyc, ze mi nie pokazali nigdy, jak nalezy w zyciu radzic sobie z roznymi sytuacjami, z ludzmi. Chodzi mi o to, ze zadne z nich chyba nie wiedzialo, jak nalezy sie zachowac w sytuacji roznicy zdan z przelozonym, czlonkiem rodziny, sasiadem. Jak zyc, zeby bylo spokojnie, dostatnio i jak najmniej klopotow. Moja popierdolona mamusia nauczyla mnie tylko, ze trzeba sie zaharowac na smierc, odmawiac sobie wszystkiego, nigdy na nikogo nie liczyc, natomiast morde wydrzec na kazdego i w kazdej sytuacji oraz wyszarpac za leb, jak sie napatoczy ktos, kto chce czegos innego.
Moj ojciec niczego mnie nie nauczyl. Matka tylko go ponizala i wyzywala od lawirantow i kanciarzy, kiedy on jakos w tej grze spolecznej probowal sie niezdarnie odnajdywac, ukrywajac swoja przeszlosc, swoje korzenie i budujac wizerunek, ktory chcial pokazywac ludziom. Matka mu tego wizerunku w domu nie pozwala pokazywac, obrazala go.
No i taka wieczna wojna.
Ja sie wstydze teraz moich rodzicow, mojego pochodzenia, w zwiazku z czym odcinam sie od tego i usiluje znalezc sama siebie, w oderwaniu od swoich przodkow.
Przez to czuje, ze wszystkich oszukuje, ze jestem jednym wielkim falsyfikatem.
Mam ambicje zawodowe, ale nie chce zyc tylko praca. Z obserwacji moich wynika, ze jesli nie bede zyc tylko praca, to tych ambicji zawodowych nie bede mogla zrealizowac. Matka i zona nie jestem. Nawet nie jestem czyjas kochanka. Wlasciwie nie wiem, co ja robie w tym zyciu. Wydaje mi sie, ze zgarniam wszystkie najgorsze aspekty roznych sytuacji zyciowych.
I czytam w gazetach o sensie zycia, dowiaduje sie, ze to, czemu poswiecamy najwiecej uwagi i energii w zyciu, to sprawy bez znaczenia, a tym waznym ich nie przeznaczamy. Tak sie wlasnie czuje. Jakbym marnowala swoje zycie. Jakbym jechala rownolegla linia tramwajowa obok takiej linii, ktora jezdzi tramwaj z napisem „zycie”. I ja tym tramwajem nie jade. Moge sobie ewentualnie zajrzec przez szybe, co robia inni pasazerowie.
Ciagle cos robie: albo pracuje, albo uprawiam sport, albo przebywam z psem, albo pielegnuje relacje z sasiadami, albo spedzam czas ze znajomymi, ktorzy przyjezdzaja do mnie czasem na kilka dni, albo zapraszam gosci, albo podrozuje, zwiedzam nowe miejsca. Robie mile rzeczy i wkladam w nie szczerosc. To co jest nie tak? Czego mi brakuje?